duża wersja fotografii z doniesienia

© fotografia została załączona przez informatora o grzybobraniu; z pytaniem o jej wykorzystanie poza ramami systemu monitorowania występowania grzybów grzyby.pl należy kontaktować się bezpośrednio z autorem fotografii, a nie ze mną (kontaktu do autora zdjęcia zwykle nie posiadam)
Winter is here, nawiązując do ulubionego serialu (GOT) i korzystając z wolnej chwili, postanowiłem skrobnąć coś niecoś o tegorocznym sezonie grzybowym. Jako że najwięcej czasu spędziłem w kieleckim to i tutaj podsumowanie umieszczam. Sezon zaczął się i zakończył swoistymi bezgrzybnymi klamrami. Napatrzywszy się na ładne ceglaki, usiatki i szlachetne z południa, dwukrotnie, w połowie czerwca i na początku lipca odwiedziłem rzeczone Świętokrzyskie.
Efektem było kilkanaście robaczywych szlachetnych z małymi dodatkami, zwiedzone połacie lasu, litr jagód i połknięty komar w czasie jazdy na rowerze. Ja w tym czasie próbowałem odczarować Guciowe, kurkowe lasy. Za drugim razem coś niecoś wpadło, starczyło nawet na dwa pyszne, aromatyczne posiłki. Potem krótkie wakacje na Dolnym Śląsku, w czasie suszy, nie było co zbierać. Nerwowe oczekiwania w sierpniu, trochę deszczu wreszcie spadło i pierwsza wrześniowa wyprawa (05.09). Dała 80 ślicznych, młodych, borowików. Następne dwa tygodnie to swoisty, dwutygodniowy, turbo-wysyp borowików, ni to letni, ni to jesienny. Charakteryzował się sporym zarobaczywieniem (oceniam na 50%) i szybkim wzrostem grzybów. Mimo wszystko i tak było pięknie, wieczorne zbieranie grzybów, w słońcu i w ciszy, do dziś przyprawia mnie o dreszcze. Grzyby nie rosły wszędzie, wymagały więcej czasu i poznania nowych zakamarków w lesie, uwielbiam to. Taka obserwacja, grzyby rosły w bogatszych, bukowych "letnich" lasach. Udało się też trafić sporo ślicznych, czerwonych kozaczków, a wyprawa po borowika sosnowego skończyła się ... koszem podgrzybków. Dobre, zeszłoroczne miejsca wiały pustką. Tydzień przerwy i z początkiem października, po silnych opadach deszczu, dwie wyprawy po mleczaja jodłowego. Obie udane, szczególnie pierwsza przyniosła spory zbiór, wystarczył na zaspokojenie domowych potrzeb. Był to taki mikro wysyp, w porównaniu do poprzedniego roku - grzybów było dużo mniej, choć jak wspomniałem wcześniej - wystarczająco. Notabene, kiszone rydze wyszły znakomicie, po porażce z tamtego roku tegoroczne są przepyszne, polecam. Następne dwa tygodnie bardzo wilgotne, czas na podgrzybki. Może nie jakieś gigantyczne ilości, ale dwa razy niepełne kosze udało się uzbierać. Ten późnojesienny wysyp rozkręcał się powoli, w międzyczasie rozkręcił się w moim domu wstrętny covid. Był moment, że już nie zaglądałem na portal, nie mogąc znieść przymusowej przerwy. Koniec października i początek listopada był znakomity chyba w całym kraju. 15.11 udało mi się wyrwać na gąski, które już się skończyły, masowo jeszcze występującym podgrzybkom dałem odpocząć. 22.11 zakończyłem sezon kilkunastoma zielonkami i nostalgicznym, prawie zimowym grzybobraniem. Podsumowując, to był wymagający, ale i bardzo dobry sezon. Najdłuższy w mojej historii. Nie był to samograj w stylu 2019 czy 2017, ale przez to każdy kosz znalezionych grzybów dawał kupę radości i satysfakcji. To jedno, jedyne umieszczone zdjęcie oddaje klimat z mojego najlepszego, wrześniowego, cichego, wieczornego grzybobrania. Patrząc na te prawdziwki robi mi się ciepło na duchu... Dużo zdrowia, to chyba teraz najważniejsze, a jakieś grzyby w 2021 znajdzie się na 100%. Pozdrawiam wszystkich serdecznie.