duża wersja fotografii z doniesienia

© fotografia została załączona przez informatora o grzybobraniu; z pytaniem o jej wykorzystanie poza ramami systemu monitorowania występowania grzybów grzyby.pl należy kontaktować się bezpośrednio z autorem fotografii, a nie ze mną (kontaktu do autora zdjęcia zwykle nie posiadam)
Nastał grudzień, coraz więcej ujemnych temperatur, coraz krótsze dni i coraz bardziej niebieska mapka doniesień zwiastują nieuchronny koniec sezonu, przynajmniej dla jesiennych grzybów. Nadchodzi czas podsumowań i wspomnień, więc i ja sobie powspominałem i napisałem relację z mojego sezonu A.D. 2019. Dzisiaj część I obejmująca miesiące LIPIEC-WRZESIEŃ.
Po poprzednim sezonie, w części poświęconym na poznawanie lasów dookoła Warszawy, wydawało mi się, że w tym roku będzie łatwiej. Miałem już rozpoznany liściasty las koźlarzowo-prawdziwkowy, miałem wyselekcjonowany sosnowy las podgrzybkowy, plan więc był prosty–skoncentrować się na najlepszych miejscówkach i czekać kiedy sypnie w nich grzybem tak jak w zeszłym roku. Dodatkowym atutem miała być stosunkowo niewielka odległość tych lasów od mojego miejsca zamieszkania, co gwarantowało, że będę mógł monitorować w nich sytuację na bieżąco. Jak się później okazało, pogoda mocno zweryfikowała te zamysły. Wiele osób tegoroczny sezon rozpoczęło już w maju, który zadziwiająco obfitował w opady, ale u mnie ten miesiąc zarezerwowany jest dla wędkarstwa. Potem rekordowo upalny i suchy na Mazowszu czerwiec spowodował, że na pierwsze grzyby musiałem czekać do lipca. LIPIEC. Ochłodzenie z początku lipca i częste, aczkolwiek przelotne, opady wydawały się sprzyjać perspektywom grzybowym. Niestety w tym roku wszystkie burze mój las omijały. Intensywniejsze fale opadów związane z przechodzeniem frontów atmosferycznych również nie dopisały, nawiedzając a to regiony na zachód, a to na wschód od Warszawy, pomijając środek Mazowsza i niwecząc nadzieje na grzybiarski start. Ostatecznie tegoroczny sezon otworzyłem nad morzem. Nieoczekiwanie z pomocą przyszedł urlop zaplanowany w ostatniej dekadzie lipca. Dojeżdżając nad Bałtyk minęliśmy miejscowych sprzedających kurki przy drodze. Córki, uwielbiającej pieprzniki, dwa razy nie trzeba było namawiać i już następnego dnia ruszyliśmy do lasu. Naszym łupem padła całkiem duża miska kurek. Pomyślałem więc, że skoro jesteśmy w rejonie gdzie występują buki to warto też spróbować poszukać borowików. Plan szybko wprowadziłem w czyn - kolejnego popołudnia z teściową i córką pojechaliśmy do lasu bukowego. Spotkani na leśnym parkingu ludzie z pełnymi koszami grzybów już na starcie rozbudzili nasze emocje. Ostrzegli jednak, że to koniec wysypu i robi się sucho. Nie zrażeni weszliśmy do lasu w pierwszej kolejności napotykając na wysyp maślaków żółtych. Maślaki i teściowa, która za nic nie chciała porzucić koszenia żółtych grzybków, częściowo pokrzyżowały moje prawdziwkowe plany. Na szczęście tylko częściowo, bo wśród maślaków, udało mi się znaleźć 9 pięknych, wyrośniętych prawusów. W lesie rzeczywiście było dość sucho, a znalezione borowiki były już starsze, jednak gdy całą następną noc lało, wiedziałem, że muszę ruszyć w buki ponownie. Zgodnie z oczekiwaniami deszcz spowodował nowy wysyp borowików, a ja na dwóch krótkich wypadach skoro świt zebrałem po kilkadziesiąt, w większości młodziutkich, borowików szlachetnych i ceglastoporych. Po tak udanym rozpoczęciu sezonu, wróciłem z urlopu pełen grzybiarskiego entuzjazmu. Oczywiście zaraz poleciałem do mojego lasu w nadziei na kontynuację zbiorów. Brak grzybów nawet mnie nie rozczarował. Było wilgotno, wierzyłem, że za chwilę mój las ruszy, tym bardziej, że na portalu doniesienia wskazywały na rozwijającą się sytuację w wielu regionach. Fala upałów szybko wysuszyła jednak ściółkę, a grzybów się nie doczekałem. Dwa kontrolne wypady szybko pozbawiły mnie nadziei na jakiekolwiek pozytywne wyniki. SIERPIEŃ. Pierwszą połowę sierpnia spędziłem czekając na deszcz, studiując prognozy pogody i śliniąc się na widok doniesień z kolejnych grzybowo startujących regionów. Szczególną moją uwagę przykuł wysyp borowików w lasach świętokrzyskich. Brak perspektyw na wysyp grzybów w moich okolicach spowodował, że zaczęła we mnie kiełkować myśl wypadu w tamte rejony. Chwilowo na realizację tych planów nie pozwoliła druga część urlopu, ale nowe wpisy na portalu pozwoliły dojrzeć tej idei. Gdy po powrocie z urlopu kolejny raz sprawdziłem, że w moim lesie sytuacja ani trochę się nie poprawiła, decyzja zapadła. Przedostatniego dnia sierpnia stawiłem się w Puszczy Świętokrzyskiej. Ależ to była odmiana, gdy zamiast pustego, wysuszonego lasu, zobaczyłem setki wyrośniętych prawdziwków i ceglasi. Zdążyłem na końcówkę letniego wysypu – większość grzybów była przerośnięta i/lub robaczywa, ale i tak udało się zebrać 60 szlachetnych i 20 ceglastoporych, mimo, że do wzięcia nadawał się co czwarty, co piąty grzyb. Potencjał prawdziwkowy tego miejsca zrobił na mnie ogromne wrażenie. Wiedziałem, że muszę tu wrócić. WRZESIEŃ. Na początku września grzybnie w całym kraju postanowiły zrobić sobie przerwę. Pogoda jednak zrobiła się grzybowa, z dużą ilością opadów i już bez upałów, więc kwestią czasu było, kiedy wysyp ruszy na nowo. Ponownie bezowocnie sprawdziłem mój las liściasty, nazbierałem trochę kurek po drugiej stronie Warszawy, ale głównie śledziłem wieści ze Świętokrzyskiego. Kiedy w połowie miesiąca doniesiono, że prawdziwki znowu startują, byłem zdecydowany. Gdy tylko nadarzyła się okazja, któregoś popołudnia ponownie wybrałem się do Puszczy Świętokrzyskiej. Gdy dojechałem na miejsce trochę się zszokowałem – prawie bezludny w końcu sierpnia las, tym razem, mimo środka tygodnia, był obstawiony autami, a grzybiarzy było mnóstwo. Las od rana był przeczesany, ale że prawdziwki rosły jak na drożdżach, na drugiej zmianie udało mi się zebrać 75 prawdziwkowych maluchów i ciut większych owocników. Z jednej strony ładny zbiór, w całości do marynaty, z drugiej, po tych setkach borowików napotkanych tu w sierpniu, jednak lekkie rozczarowanie, przede wszystkim ilością ludzi napotkanych w lesie. Wiedziałem, że przy takiej presji, nie ma tu szans na rekordowe zbiory i trzeba poszukać mniej popularnego miejsca. Okazało się także, że i mój domowy las w końcu startuje - dwa dni później krótki wypad dał mi zbiór 40 młodych koźlaczków i 5 prawdziwków zebranych w mieszanej części lasu. Dla mnie było już jednak za późno – sen o świętokrzyskich prawdziwkach owładnął mną zupełnie. W przedostatnią sobotę września, z kolegą, ponownie zawitałem do Puszczy Świętokrzyskiej. Tym razem wybraliśmy las na uboczu. Jak to w weekend, również i tam ludzi było sporo. Początek grzybobrania nie był imponujący, ale im głębiej szliśmy w las, tym grzybiarzy było mniej, a prawdziwków więcej. Zaczęliśmy trafiać na miejsca gdzie szczęki z wrażenia nam opadały–borowiki rosły nieraz po kilkanaście na kilku metrach kwadratowych. Przeszliśmy kawał lasu, ale grzybobranie zakończyliśmy z rekordowymi dla nas wynikami – obaj po ponad 230 prawusów. Po tak udanej wyprawie żadnego z nas nie trzeba było namawiać do jej powtórzenia. Gdy kilka dni później prognozy nadawały ciepłą, deszczową noc, wzięliśmy urlopy i zaatakowaliśmy ponownie. To co spotkaliśmy w lesie tego poranka jeszcze długo będziemy pamiętać. Powiedzieć, że prawdziwki rosły jak grzyby po deszczu, to jak nic nie powiedzieć. Rosły wszędzie. To nie było szukanie, a spacer z koszeniem. W ciągu niespełna 4 godzin i nie dochodząc nawet do połowy odległości z weekendowego wypadu, zebraliśmy we dwóch 650 borowików szlachetnych, ignorując przy tym wiele napotkanych koźlarzy, podgrzybków i maślaków. To było jak sen grzybiarza-gdybyśmy mieli jeszcze ochotę, bez problemu można było dozbierać drugie tyle. Powrót do mojej podwarszawskiej rzeczywistości był słaby. Co prawda główny cel grzybobrania z ostatniego dnia września został zrealizowany–zebrałem blisko 50 kań–ale tylko kilkanaście koźlarzy i 3 prawdziwki, co w lesie, który wydawało się, że zaczyna rodzić, było wynikiem mocno rozczarowującym. W tej sytuacji zdecydowałem odpuścić moje lasy liściaste a październik poświęcić na zbieranie podgrzybków w lasach sosnowych. CDN...