duża wersja fotografii z doniesienia

© fotografia została załączona przez informatora o grzybobraniu; z pytaniem o jej wykorzystanie poza ramami systemu monitorowania występowania grzybów grzyby.pl należy kontaktować się bezpośrednio z autorem fotografii, a nie ze mną (kontaktu do autora zdjęcia zwykle nie posiadam)
Po przymrozkowe grzybobranie bardzo udane, chociaż wiele grzybów pozostało w lesie z uwagi na ich rozczłapanie. Niemniej nazbieraliśmy dobrych jakościowo prawdziwków, borowików sosnowych, podgrzybków, gąsek zielonek/niekształtnych i maślaków zwyczajnych. Wycieczkę rozpoczęliśmy w Lesznie Górnym, ale większość czasu okupowaliśmy lasy w pobliżu Studzianki, stąd wpisałem tę nazwę w doniesieniu. Klimat późnojesiennych Borów FENOMENALNIE MAGICZNY! ;-)
Darz Grzyb! ;-) Poranek pochmurny, ale ciepły, jak na początek listopada, z niewielkimi, przelotnymi opadami deszczu. Tu nad każdym zagajnikiem, młodnikiem, borem, wrzosowiskiem i wszelkim leśnym terenem, krążą niepisane legendy i opowiadania o wspaniałych wysypach prawdziwków, podgrzybków, kurek, koźlarzy, zielonek i innych gatunków złota runa leśnego. To kultowe lasy w każdym centymetrze sześciennym każdego drzewa. Kultowa trasa kolejowa, gdzie pomiędzy drzewami, dostrzegłem biegnący pociąg w kierunku Studzianki – serca tej części Borów. Ileż to wspomnień obudziło się we mnie, kiedy szedłem tymi ścieżkami! Pierwszy raz byłem tu w 2000 roku. Rok później, we wrześniu 2001 roku, przeżyłem tu na własnej skórze, koszach i kaloszach jesienną, prawdziwkową inwazję. Prawdziwki rosły wtedy jak opętane. A ja – jak opętany je zbierałem, aż w końcu poddałem się, bo plecak i dwa, ogromne kosze załadowałem po pałąk, a spod wrzosów, igliwia i mchu, wciąż wychylały się kolejne, maczugowato-trzonowe skarby z białym hymenoforem i brązowymi kapeluszami. W niedzielę, kiedy emocje grzybowe wraz z solidnymi przymrozkami, które przetoczyły się kilka dni wcześniej, znacznie opadły, miałem wielką przyjemność poprowadzić Sylwię i Andrzeja po jednej tysięcznej tej fantastycznej krainy. Jednakże Bory, postanowiły nam te emocje wrzucić na grzybowe wahadło, czego efektem były u nas silne, pozytywne wzburzenia natury grzybowo-emocjonalnej. ;)) Czego można się spodziewać w lesie po kilku, bardzo zimnych nocach i niewiele cieplejszych dniach, mając na uwadze, że przed mrozami było tu jeszcze solidnie grzybowo? Mróz mrozem, ale grzyby lubią się chować, przykrywać i chronić przed nim w najróżniejszy sposób. Jednym z pierwszych grzybów, którego znalazłem był czupurny podgrzybek „sosnowo-borowikowy”, który był prawie całkowicie schowany w grubej warstwie igliwia. Kiedy chwyciłem go za trzon, aby delikatnie wykręcić, mocno się zdziwiłem, że taki brzuchacz z niego! ;)) To późnojesienny buntownik, leśny zadymiarz i wywrotowiec, mający dosyć wychwalania prawdziwków pod niebiosa. ;)) Pokazał dobitnie, że bez sterydów, można mieć większy biceps trzonu niż niejeden, chuderlawy borowik! Przyznaję, że przez cały tegoroczny sezon nie spotkałem takiego podgrzybkowego pakera. Nie muszę pisać, jak mi skoczył poziom adrenaliny przy tym wspaniałym trofeum. Podgrzybkowy „Pudzianek” był tylko wstępem do odkrywania przez nas boletusów „novemberusów”, które przetrwały w całkiem dobrej kondycji podmuch arktycznej Królowej z Dalekiej Północy. Listopadowe prawdziwki są niezwykle cennym znaleziskiem dla grzybiarzy, mając na uwadze, że to, co najlepsze i najgrzybniejsze w tym sezonie jest za nami. Podmuch ten przetrwały nawet młode, bielutkie pod spodem prawdziweczki, chociaż ich ilość bardzo spadła w porównaniu chociażby do poprzedniego tygodnia. W jednym miejscu, przy wrzosie, znalazłem wyjątkowo urodziwego boletusa z kandelabrowo wygiętym trzonem. Pomimo, że był twardy, miał w sobie całkiem pokaźną ilość lokatorów i pozostał w lesie. Sylwia z Andrzejem też znajdowali swoje dolnośląsko-borowe boletusy „novemberusy”. Nie było ich zbyt dużo, ale każdy nas cieszył w znaczny sposób i napędzał do dalszego poszukiwania, szperania, zaglądania i buszowania po lasach. Kolejne prawdziweczki wprawiały naszą wycieczkę w przemiły nastrój, a Bory „wciągały” nas coraz bardziej wgłąb. Poddaliśmy się temu uzależnieniu bezgranicznie, nie bacząc na krótki dzień i coraz większe oddalanie się od skraju lasu. Obok prawdziwków, czyli borowików szlachetnych, borowiki sosnowe to także jeden z najbardziej kultowych gatunków grzybów. Jest go znacznie mniej, niż klasycznych prawdziwków, a w wielu lasach nie występuje. Nam, udało się znaleźć kilka zdrowych boletusów pinophilusów „novemberusów”. Pierwszego dostrzegła Sylwia. Ale nas nakręciły! Takie znalezisko 3 listopada, po mrozach i na koniec wysypu! Tip, tip hurra! Te czerwonawe łby mają w sobie coś niesamowicie urzekającego! Nie da się tego opowiedzieć, ale byliśmy w pozytywnym „amoku”. ;)) Kilka słów o stanowisku, w którym rosły. Starszy i dość rzadki las sosnowy, blisko miejsca, w którym wycięto inny, spory kawałek lasów. Miejsce – wydawałoby się, że nieciekawe i nieatrakcyjne grzybowo, a tu masz chłopie grzyba! Mości panowie borowiki sosnowe. I tak boletus „novemberus” – grzyb do grzyba i połowę kosza uzbierać się uda. Chyba. Chyba, ponieważ część boletusów pozostaje w lesie z uwagi na zbyt kiepski stan, tudzież robaki, które żyją w grzybie ponad stan. Bo czy godzi się mieszkać, spać, chodzić i odpoczywać w strawie, którą robaki wybrały na swoją biesiadę? ;)) Niemniej część z nich jest w całkiem przyzwoitej formie i one kończą swój byt w lesie, chociaż przez jakichś czas w nim jeszcze będą. Tyle, że w koszykach. To dla nich zupełnie nowe doświadczenie, nawet całkiem niegłupie, chociaż i tak skończą w sosie, marynacie, suszu lub w zupie. Każdy „novebmerusek” cieszy nas niezmiernie, a ja już wcześniej zauważyłem, że Sylwia i Andrzej coś jakby „połknęli” lub poczuli. Grzybiarz grzybiarza dobrze zna i moje spostrzeżenia potwierdziły się. Poczuli magię tych terenów, czego wyrazem były ich słowa: „jakie to świetne, piękne i wspaniałe miejsca”. Naszym grzybowym celem było też sprawdzenie występowania jesiennych twardzieli grzybowych, odpornych na przymrozki i warunki, w których grzybom rurkowym rurki miękną. To zielone, a właściwie złocisto-żółte diamenty, kochające piaszczyste kąpiele i często pozostające w nim przez cały swój krótki, choć tajemniczy żywot. I chociaż w Borach zrobiło się dosyć sucho, znaleźliśmy miejsce, w którym te blaszkowe, pachnące mąką twardziele dały się nazbierać w łącznej ilości około 2,5 kg. To oczywiście gąski zielonki, o płukaniu których chodzą legendy, że najlepiej usuwa się z nich piach, wrzucając je na 30 minut do starej pralki typu „Frania”. ;)) Muchomory mocno dostały po kapeluszach przez przymrozki, niemniej jeszcze się wykluwają, chociaż ich barwy przybrały bardziej bordowe, aniżeli żarówiasto-czerwone odcienie, którymi cieszyły oko przed „wielkim chłodem”. Licznie rosną też maślaki sitarze, często przerośnięte i wyglądające jak grzybowe, niechlujne, brudne dziady. Jednak i takie „dziady” cieszą fanatycznych grzybiarzy, którzy w ogóle cieszą gębę do każdego grzyba. ;)) Koneserzy sarniaków mogą jeszcze się nieźle obłowić – tego gatunku to jakby przymrozek nie dotyczył. A dla wszystkich spragnionych „fałszywych kurek” las oferuje milion owocników lisówki pomarańczowej. To już naprawdę koniec tego świetnego wysypu w Borach. Ilość grzybów niezwykle nas zachwyciła, ponieważ mamy świadomość, że przymrozki narozrabiały i nastawialiśmy się, że możemy przywieźć wyłącznie powietrze i wrażenia z włóczęgi. A tu, w końcowym efekcie, wyszło bardzo przyzwoicie, natomiast pachnące boletusy „novemberusy” wprowadziły nas w stan grzybowego upojenia, euforii i zadowolenia. Grzybobrania uzależniają na całe życie. Pamiętajcie o tym, jak kogoś zabieracie pierwszy raz do lasu. ;)) Cały wpis brutto z fotkami, tradycyjnie opublikowałem na blogu: https://www.lenartpawel.pl/roznorodnosc-w-monotonii-pozegnanie-z-borami-dolnoslaskimi.html